Ostatni dzień mojej etatowej pracy wypadł 5 lipca 2017 roku. Dokładnie w moje imieniny. Pamiętam, że kupiłam ciasto, zrobiłam kawę i w sztywnej jak piana ubita z białek atmosferze pożegnałam się z dotychczasowym życiem. Życiem, w którym spełniałam cudze marzenia. Kilkadziesiąt minut później, kiedy po raz ostatni wysiadałam z służbowego samochodu, pękły mi na dupie spodnie. 

Na pół!!

I chyba dopiero wtedy właśnie zeszło ze mnie to całe ciśnienie.

Roześmiałam się z ulgą i trochę jednak z zażenowaniem.

W każdym razie to było takie… nowe otwarcie. Dosłownie nowe otwarcie!

I dziś też trochę zapowiadam takie nowe otwarcie, bo opowiem Ci o tym, jak wyglądało ostatnie 6 lat mojego życia na swoim, odkąd prowadzę własną firmę. I dlaczego postanowiłam to zmienić. 

Dlatego jak jesteś gotowa to… zapraszam serdecznie.

.

Jeśli wolisz słuchać niż czytać:

CZY OD POCZĄTKU MIAŁAM JASNĄ WIZJĘ SWOJEJ FIRMY

Wydawało mi się, że tak. Parę miesięcy wcześniej przeczytałam artykuł blogowy, który zainspirował mnie do tej zmiany. To były w ogóle czasy, kiedy blogi czytywałam namiętnie. Po kilkanaście artykułów dziennie. Sama też pisałam całkiem sporo, a moje „Wariacje nie zawsze na temat” przez moment były jednym z bardziej obiecujących miejsc w ówczesnej blogosferze.

Prawdę mówiąc, marzyłam o karierze blogerki. I dzięki Thorowi nic z tego nie wyszło. Kiedy ostatecznie przeszłam na swoje, traktując wirtualną asystę jako drogę do jakiegoś większego celu, okazało się, że przedsiębiorczy świat wciągnął mnie na amen.

Zaczynałam, jak większość kobiet, które marzą o pracy z domu – od poszukiwania zleceń, pierwszych klientów. Potem płynnie przeszłam do etapu dupogodzin, walki o kolejne sprzedane pakiety, permanentnego zmęczenia przeplatanego radością, że nikt mi nie stoi nad głową i nic nie muszę.

Chciałam być jedną z najbardziej rozpoznawalnych wirtualnych asystentek w branży i byłam gotowa zrobić naprawdę wiele, by tak się stało. Nie, nie mam tu na myśli jakiś mrocznych działań, a ciężką pracę, by osiągnąć sukces.

NA SUKCES TRZEBA ZAPRACOWAĆ

Byłam przekonana, że na ów sukces naprawdę muszę zapracować. Niby czytałam gdzieś te wszystkie ładne okrągłe amerykańskie hasła: Work smart not hard, ale totalnie w nie nie wierzyłam.

Mnie wcale nie było smart i lekko. Nie było błyskawicznego sukcesu i złotówek szerokim strumieniem płynących. Było codzienne wstawanie o 6 rano albo wcześniej, praca nad swoją firmą, wiele godzin pracy dla innych, bardzo trudne lekcje.

Codziennie wychodziłam ze strefy komfortu, zastanawiając się po…, skoro tak tam ciepło i dobrze. Zatraciłam się w pracy, w której sama dla siebie byłam szefową. Z piekła rodem. Widziałaś „Diabeł ubiera się u Prady?” Mów mi Miranda. Wczesne wstawanie, weekendowe projekty, brak wakacji przez 3 lata.

A do tego niskie stawki godzinowe, walka o rozpoznawalność, naginanie swoich przekonań do rzeczywistości, bo klient tak chce. Przez wiele lat nie tylko nie byłam szefową w swoim biznesie, ba, mnie się nawet wydawało, że to jest super i OK, bo przecież mogę pracować z domu.

Co prawda gdzieś podświadomie czułam, że to nie o taką przedsiębiorczość walczyłam, choć chyba dopadł mnie syndrom sztokholmski, bo kochałam to życie. 

NIE KAŻDY BĘDZIE CIĘ WSPIERAŁ NA DRODZE DO ROZWOJU

Niestety coraz bardziej zmęczoną miłością. 

Walczyłam o przetrwanie, o skalowanie, o to by trafić na jedną półkę z tymi najbardziej rozpoznawalnymi przedsiębiorcami, których słuchało pół internetowej społeczności.

Od klienta do klienta, od jednego projektu do jeszcze większego projektu. Po drodze czytałam gorzkie słowa, że zamiast inspirować, wpędzam w poczucie winy. Bo przecież żaden normalny człowiek nie jest w stanie robić tyle rzeczy i jeszcze się przy tym uśmiechać. 

W szczytowym momencie mojego solobiznesu, kiedy jeszcze  nie miałam agencji i zatrudnionych żadnych asystentek, pracowałam jednocześnie z kilkunastoma klientami. Spora część z nich miała wykupione pakiety po kilka godzin miesięcznie, a konieczność przełączania się między zadaniami, powodowała, że traciłam czas i uwagę.

Dodatkowo prowadziłam swoje projekty, tworzyłam kursy, nagrywałam live’y i podcasty, udzielałam się w grupach na FB, prowadziłam własną i byłam naprawdę bardzo zajętym człowiekiem.

Nie czułam zmęczenia. Do przodu pchały mnie 3 czołowe talenty: Achiever, który sprawiał, że płynnie przechodziłam od zadania do zadania; Focus, który wspomagał mnie w tym, by nie wytracić koncentracji i Maksymalista – dopełniający tę mieszankę wybuchową.

W którymś momencie jednak zorientowałam się, że po pierwsze w pogoni za tym, co piękne zatraciłam wizję końca (a raczej zmieniła się ona tak bardzo, że coraz trudniej mi ją uchwycić), a po drugie, że chyba wcale nie chcę, by te trzy demony pchały mnie wiecznie do przodu.

CZEGO CHCESZ OD SWOJEJ FIRMY – TAK UCZCIWIE?

Pewnego dnia siadłam więc na tyłku (dla odmiany w całych spodniach) i zadałam sobie proste pytanie: „Czy tak chcesz działać już zawsze? Od projektu do projektu. Od zadania do zadania. Od klienta do klienta.”

Odpowiedź okazała się dość oczywista. 

No w życiu nigdy!

Być może była podyktowana tym, że przez ostatnie 6 lat działałam na najwyższych obrotach i trochę zaczęłam tracić energię. Być może z racji wieku nie mam już ochoty szarpać się na wszystkie strony, oglądać na kogokolwiek, a raczej chciałabym ukierunkować to moje mentalne ADHD.

Zaczęłam zwalniać. I to chyba było jeszcze trudniejsze niż realizacja tych wszystkich zadań. Wie to każdy, kto kiedykolwiek próbował gołą ręką zatrzymać rozpędzone tornado. Zadanie nie do zrobienia.

A jednak kilka miesięcy temu podjęłam decyzję, że skoro w życiu nigdy, to może czas na zmianę u podstaw?

Początkowo było mi z tym bardzo źle. Czułam, jakbym oszukiwała sama siebie. A przy okazji innych. Przez lata uczyłam „Możesz wszystko”, a teraz nagle stwierdzam, że to wszystko jest niczym 😉

Dopiero długie miesiące refleksji, zmian, które wprowadzałam krok po kroku, afirmacji, czytania rozwojowych treści, pracy nad sobą i przede wszystkim nad mindsetem (bo nie da się wprowadzić zmiany bez pracy, nie wierz w to – ja tylko ukierunkowałam ją inaczej) sprawiły, że poczułam się na właściwej drodze.

NIE BÓJ SIĘ ZMIANY, KTÓRA JEST W TOBIE

To podróż, do której zapraszam też inne kobiety. Wkurzone, wypalone, zmęczone, pełne zapału, pragnące zmiany, chcące zrobić coś po swojemu. Wszystkie świadome przedsiębiorczynie, które wierzą, że mają wpływ.

Wielokrotnie w ostatnich miesiącach mówiłam i pisałam Ci o prowadzeniu firmy na własnych zasadach. Ale co to właściwie znaczy? 

Dla każdego pewnie coś innego. 

Dla mnie przede wszystkim przemianę z soloprzedsiębiorczyni, osoby samoZATRUDNIONEJ, która głównie zarabia, pracując dla innych za określoną stawkę za godzinę (jak wycenioną to inna sprawa, choć też bardzo istotna) w świadomą siebie, swoich wartości, swojej wiedzy i umiejętności przedsiębiorczynię, która wie, że dzięki swojej pracy może realnie zmienić życie innych ludzi/przedsiębiorców.

Po swojemu, czyli niekoniecznie zapieprzając jak chomik w kołowrotku.

Po swojemu, czyli godząc się, że nie każdy będzie chciał ze mną pracować. I że ja nie będę chciała pracować z każdym. Ale ci, z którymi podejmę współpracę, będą prawdziwie wdzięczni, że zmieniam ich biznesowe życie na lepsze.

Nie wiem, jak Ty, ale ja mam dość pogoni za króliczkiem, spełniania nierealnych wymagań („Musisz kręcić 30 rolek w miesiącu, by się wybić”), pracy, która jest pasją (akurat!) i wiecznego kombinowania, jak to zrobić, by budżet się spiął.

JAK BUDUJĘ SWOJĄ FIRMĘ I ŻYCIE

Postanowiłam tak przebudować swoje życie i firmę, by jeden rezygnujący klient nie wywrócił mi biznesu do góry nogami.  Bym mogła bez spiny wziąć wolne w ciągu tygodnia bez obaw, że beze mnie firma się zawali. Bym nie siedziała po nocy i nie stresowała się, że czegoś nie dowiozę. I nie wstawała o 4 rano, myśląc, że znów z czymś nawaliłam.

Chcę dawać taką wartość moim klientom, że nie będę się bała, iż powiedzą „Znajdziemy kogoś tańszego”, gdy podniosę stawki. Chcę partnerów biznesowych, nie kolejnych miniszefów. 

I wiem, że po pierwsze jestem w stanie to wszystko osiągnąć, a po drugie, by tak się stało, potrzebne jest działanie. W prowadzeniu firmy nie chodzi bowiem o samo planowanie czy układanie strategii, ale właśnie o wdrażanie jej w życie.

Serio głęboko wierzę, że taka przemiana jest możliwa. Zależy jednak od kilku czynników.

Przede wszystkim od decyzji i pracy nad sobą. Codziennej. Nad tym, co nam siedzi w głowie. Bo firma zaczyna się w głowie. Tak samo jak pewność siebie, swoich umiejętności, wiara we własne siły. I jeśli jest jeden element przedsiębiorczego życia, nad którym warto w 100% pracować codziennie, to jest to właśnie mindset.

Po drugie od świadomego projektowania swojego życia tak, by było ono skrojone na Twoją miarę. Nie konkurencji, nie rodziny, nie kuzynki Kasi. Rób tak, by było Tobie dobrze. 

Po trzecie… rób i działaj. Od samej wizji, kreacji, marzeń i wizualizacji nic się nie zmieni. Owszem, są one ważne, ale koniec końców rzeczy muszą być wdrożone i wprowadzone w życie.

Krok po kroku.

Jeśli uważasz, że te podcasty mogą być ważne i przydatne dla kogoś bliskiego, podziel się nimi dalej.

PS Wracam do nagrywania tego podcastu po miesiącu przerwy i długich tygodniach zastanawiania się, co dalej. Nie wiem, ile odcinków będzie miała ta seria, którą roboczo nazwałam „Jak poczuć się lepiej w swojej własnej firmie”. Wiem jednak, że chcę Ci pokazać, jak zbudować biznes skrojony na Twoją miarę. Nie sieciowy, który może mieć każdy – starczy, że wejdzie i wdroży jedyny słuszny schemat. Biznes, który zaczynasz od sprawdzenia, w czym Ty czujesz się dobrze. 

Będę rozmawiać w tej serii z wieloma kobietami, przedsiębiorczyniami, które pomagają innym poczuć się lepiej w swojej firmie – ze stylistką, dietetyczką, psycholożką, multiprzedsiębiorczynią.

Chcę pokazać Ci, że nawet jeśli do tej pory prowadziłaś firmę, możesz zmienić jej kierunek. Przeprojektować ją w kierunku nowego życia, które daje i kasę, i satysfakcję, i wolność.

Nigdy więcej mówienia „Mam dość. Chciałabym czegoś innego.”

Wchodzisz w to?